"Charyzmat będzie nas coraz bardziej fascynował, jeżeli stanie się doświadczeniem w naszym codziennym życiu"

Ksiądz Julián Carrón
(Comunione e Liberazione)

Charyzmat szkoły Montessori fascynuje mnie dlatego, że przejawia się codziennie od 50 lat w jednej ze szkół podstawowych, którą odwiedziłam w Kolonii. Pięćdziesiąt lat montessoriańskiej drogi... Niektórzy pracujący tu nauczyciele są jej absolwentami. Mają zatem doświadczenie podwójne: i jako uczniowie tej szkoły, i jako jej dzisiejsi pracownicy. W kolońskiej Montessori Grundschule pięknie widać to, co Maria Montessori nazywała „wielką pracą”. Zjawisko to obejmuje zarówno pracę dzieci, niezwykle skoncentrowanych na wybranych przez siebie zadaniach, jak i nauczycieli, których nadrzędnym zadaniem jest takie przygotowanie otoczenia, by u ich wychowanków jak najczęściej dochodziło do polaryzacji uwagi. Dlatego nauczyciele samodzielnie wykonują pomoce rozwojowe i zachęcają do pracy z nimi oraz fantastycznie zagospodarowują edukacyjną przestrzeń.

Na przełomie stycznia i lutego 2006 dzięki uprzejmości państwa Oli i Marcina Sawickich, którzy od czterech lat prowadzą montessoriańską szkołę podstawową w Koszarawie Bystrej w woj. śląskim zostałam zaproszona wraz z grupą sześciu innych nauczycieli do odwiedzenia dwu zaprzyjaźnionych placówek w Niemczech. Jedną z nich jest Montessori Grundschule w Kolonii, drugą - bliźniacza placówka w Düsseldorfie.

Przez kilka dni hospitowaliśmy przedpołudniowe zajęcia pracy własnej, a popołudniami mieliśmy czas, by dokładnie „eksplorować’’ przestrzeń sal, które trudno nazwać klasami, ponieważ oprócz zielonych tablic w niczym nie przypominają pomieszczeń szkolnych.

Głównym ich wyposażeniem są lekkie, otwarte, zazwyczaj drewniane regały, na których poukładane są powiązane tematycznie, typowe materiały montessoriańskie oraz mnóstwo pudełek, zawierających wykonane przez nauczycieli wspaniałe pomoce. Wiele z nich zaprojektował i wykonał sam p. Hans Elsner, były dyrektor tejże placówki, wybitny pedagog, znawca i kontynuator koncepcji Marii Montessori, autor licznych publikacji na jej temat. Są to całe serie pomocy dotyczących m.in. geologii, archeologii, historii, przyrody, jak i wielu innych dziedzin.

Bardzo zainteresowałam się nowym, znanym mi dotąd jedynie z książkowych fotografii (Maria Montessori, Ľautoeducazione) sposobem wprowadzania mnożenia przy pomocy kolorowych pereł (siedmioletni chłopiec poznawał sekwencję mnożenia typu 7x1, 7x2, 7x3, 7x4...). Niezwykle spodobało mi się też graficzne przedstawienie królestwa świata roślin i zwierząt ze szczegółowym podziałem na typy i gromady. Po raz pierwszy mogłam też zobaczyć całkowicie skompletowaną i opisaną pomoc, która nosi nazwę komody botanicznej. Pomoc ta przedstawia precyzyjnie wszystkie istotne zagadnienia związane z morfologią roślin – około 200 terminów botanicznych uporządkowanych w trzy serie kart o różnym stopniu trudności. To jedna z moich ulubionych pomocy.

Ciekawym pomysłem wydał mi się sposób organizacji pracy dziecka. Każdy uczeń ma swoją „tacę”. Jest to rodzaj płyciutkiej szuflady, obitej miękkim suknem o wymiarach około 50 x 50 cm. Na niej dziecko rozkłada pomoc, z którą aktualnie pracuje, a gdy zdarzy się, iż nie może zakończyć pracy z jakichś względów lub gdy chce ją kontynuować w ciągu następnych dni, wówczas obok pomocy układa swoją wizytówkę. A całą tacę wraz z zawartością wsuwa do specjalnie skonstruowanego regału.

Zwróciłam też uwagę na to, iż bardzo dużą wagę przykłada się tutaj do utrzymywania porządku w miejscu pracy, sposobu rozkładania materiału (na dywaniku, ławce czy na owej opisanej „tacy”), układania pudełek, jak też starannego zapisywania wyników wykonanych obliczeń. Cała ta sfera jest równie istotna, jak precyzyjny i zwięzły instruktaż, jakiego udziela dziecku nauczyciel, wprowadzając daną pomoc.

Grupy dzieci są mocno zróżnicowane wiekowo. W jednej klasie uczą się sześcio-, siedmio-, ośmio-, dziewięcio- i dziesięciolatki (a zatem aż 5 roczników!). Klasa liczy ponad 20 uczniów. Dzieci zazwyczaj wspaniale pracują. W jednej z kilku obserwowanych przeze mnie grup poziom koncentracji uwagi był tak wielki, iż słychać było jedynie dźwięk przesypywanych perełek!!! To najmilsza montessoriańska muzyka. Każda praca własna odbywa się przy szeroko otwartych drzwiach. Często zdarza się, że dzieci uczą się w zupełnie innej sali niż ta, która jest ich klasą.

Postanowiliśmy, że każdego dnia będziemy przyglądać się innym aspektom pracy niemieckich uczniów i nauczycieli. Przykładowo jednego dnia prowadziliśmy obserwację uczestniczącą kilkorga dzieci, innego dnia zwracaliśmy uwagę na wszystkie czynności wykonywane przez nauczyciela itp. Po skończonych zajęciach długo i z zapałem dyskutowaliśmy o tym, co udało nam się dostrzec, zrozumieć, wywnioskować. Dzieliliśmy się swoimi uwagami, analizowaliśmy wykresy zmieniających się aktywności dzieci podczas pracy własnej, komentowaliśmy aktywność lub pasywność nauczycieli w sytuacjach, jakie udało nam się zaobserwować. Ta wymiana poglądów w istotny sposób pozwoliła mi uporządkować moje spostrzeżenia i wytyczyć sobie plany na przyszłość.

Pracujący tu nauczyciele są bardzo doświadczeni. Ci najlepsi są najstarszymi pracownikami, to u ich boku terminują młodzi, pragnący uczyć tą metodą kandydaci. Miło jest oglądać tutorów w ich codziennych montessoriańskich sytuacjach, widzieć, jak osobowość danego nauczyciela wpływa na sposób pracy z dziećmi, na relacje, na poziom ciszy podczas zajęć, a nade wszystko na wystrój sali. Już od pierwszej chwili dawało się odczuć, do jakiego nauczyciela trafiliśmy. Artysty – bo w jego sali znalazły się obrazy, wyroby ludowe, dzban ze śmiesznym wpółotwartym parasolem w środku, wielka kula z giętej bibuły wisząca u sufitu – czy gabinetu naukowca albo miłośnika matematyki. Wszystkie sale sprawiały wrażenie warsztatów, laboratoriów, bibliotek, wystaw kolekcjonerskich, gabinetów naukowych, ale nigdy(!) szkolnych klas lekcyjnych. Ławki w salach stojące bokiem, przodem, tyłem do okien.... Ławek o 6-7 więcej niż uczniów tak, by dzieci były swobodne i bez przeszkód zajmowały dowolnie wybrane przez siebie miejsca. Nie dziwi więc fakt, że w tej szkole nie ma ani jednego nauczycielskiego biurka!

Zarówno w szkole w Kolonii, jak i Düsseldorfie poza hospitacjami mieliśmy okazję uczestniczyć w zorganizowanych specjalnie dla nas warsztatach i pokazach pracy z wybranymi pomocami do nauki języka oraz geometrii. Mogliśmy też uczestniczyć w zajęciach kursu dla nauczycieli z Cottbus, który tam właśnie się odbywał.

Podczas jednego z instruktaży zobaczyłam leżącą na podłodze białą serwetę z ułożonymi równiutko starymi, ozdobnymi, czasem lekko zardzewiałymi kluczami uporządkowanymi od najmniejszego do największego... Długo przyglądałam się ciekawym formom kluczy, dociekałam i trochę się dziwiłam: z jakiego powodu zostały tu ułożone? Wykład dotyczył wszakże ruchów skorupy ziemskiej i pofałdowań litosfery... Gdy wieczorem po zajęciach wymieniałam refleksje z prowadzącą je p. Amelunxsen, właśnie ona zaspokoiła moją ciekawość. – Widziałaś te klucze? – zapytała. – Musisz odnaleźć swój własny, wybrać jeden z nich, znaleźć twój własny klucz do montessoriańskich drzwi...

Ta mądra i głęboka myśl stała się przyczynkiem do innych rozważań, dotyczących wyborów, jakich musi dokonać każdy montessoriański pedagog. Współcześnie realizowana metoda Montessori ma bowiem różne oblicza: ortodoksyjne, nowatorskie, eksperymentalne. I każda z placówek jest inna, każda ma własny charakter i program oparty na założeniach pedagogiki Marii Montessori.

Przywiozłam z Niemiec mnóstwo wrażeń, ciekawych doświadczeń, dowiedziałam się wiele nowego. Teraz wiem, że wracam po to, by niestrudzenie poszukiwać swojego klucza...

Pragnę podziękować tym wszystkim, którzy umożliwili mi ten wyjazd i pozwolili mi doświadczyć tyle dobrego i tak wielu cennych rzeczy się nauczyć.

Monika Pawluczuk